Dzika kaczka

Tak… – Miłość – to zasadzka,
co z nikim się nie cacka:
Guciowie się rozwodzą.
Jutro przeprowadzka.

Tekst Mariana Załuckiego wybrałam na początek opowiadania o naszej pierwszej rocznicy ślubu. Dlaczego? Ponieważ uważam, że na małżeństwo warto czasem spojrzeć z przymrużeniem oka czyli z dystansem, a tak właśnie na nie patrzył ów satyryk. Warto choćby dlatego, żeby później nie okazało się, że jesteśmy jedną z tych par co poszli

– tup, tup, tup –
do tego urzędu,
gdzie bierze się ślub,
gdzie ludzie się pchają
dzisiaj jak do magla,
a woźny wpuszcza
i tylko przynagla:
„Przysięgaj pan wierność
do samego rozwodu –
i – chodu!
I – chodu!
I – chodu!”

Miejsce, w którym chcieliśmy nabrać dystansu do siebie i świata wybraliśmy starannie. Chodziło nam o ciszę i spokój, o lokalne i smaczne jedzenie oraz ,podobnie jak w podróży przedślubnej, rowerowe szlaki. Dlatego wybraliśmy Osadę Dzika Kaczka.

1

2

Miejsce urzekło nas od pierwszego śniadania. Pogoda okazała się bardziej niż łaskawa i dzięki niej mogliśmy codziennie dzień zaczynać od śniadania na werandzie. Nie ma nic lepszego dla miłośnika lokalnej żywności, jak weranda z widokiem na domowy ogródek. Patrzyliśmy jak rośnie i dojrzewa to co zaserwowano nam na talerzach. Uprawiane na małą skalę, bez pestycydów. Widoczny kątem oka sad zachwycił nas starymi odmianami jabłoni. Na pierwszy rzut oka nic wielkiego, ale pojęcie locavore wymyślone przez Jessicę Prentice w żywej postaci mieliśmy tuż pod nosem. W Stanach Zjednoczonych i innych krajach, ruch locavore zrodził się jako działanie na rzecz rozpowszechnienia zrównoważonego rozwoju i świadomości ekologicznej. W 2007 roku pojęcie locavore osiągnęło taką popularność, że amerykański słownik wydawnictwa Oxford University Press uznało je za „słowo roku”. Gdybyście chcieli więcej poczytać na temat diety opartej na lokalnych produktach należy zajrzeć na tę stronę internetową.

3

4

5

Osada Dzika Kaczka ma również tą zaletę, że posiada łąkę koło Jeziora Głębokiego. Woda w jeziorze jest II klasy czystości, słowem jest przeźroczysta. To nad tym jeziorem zauważyliśmy nieuchronnie zbliżającą się jesień i jej subtelny, aczkolwiek wszystko mówiący rudy akcent.

6

Rowerowe wyprawy, w sumie 110 km, były delikatnie mówiąc wymagające. Górki i pagórki, wzniesienia i wzgórza. Oto na co powinni być przygotowani rowerzyści na Mazurach. Nie obeszło się bez kryzysów na podjazdach, ale wysiłek się opłacił – zwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc: Popielno – ośrodek PAN konika polskiego, Onufryjewo – pierwszą miejscowość założoną przez innowierców osiedlających się na Mazurach, obrośnięte w żeglarskie legendy Ruciane Nida, Kadzidłowo ze słynną Oberżą pod Psem, Mutnowo z prześliczną aleją klonową, Mrągowo z zarośniętym żółtym szlakiem na cypel, ale fakt najdłuższą promenadą mazurską nad Jeziorem Czos, no i oczywiście Mikołajki.

7

8

18

19

Regeneracja sił następowała popołudniami, a nie od dziś wiadomo, że najlepiej odpoczywam przy ciekawej lekturze. Miałam ze sobą „Ujęcia ze smakiem. Kulisy fotografii kulinarnej i stylizacji dań” Helene Dujardin. Do tej pory tylko ją kartkowałam. Teraz miałam czas na jej przeczytanie. Nie jest to jednak książka, którą czyta się jednym tchem od deski do deski. Trzeba ją raczej traktować jak wstęp do konwersatoriów czy ćwiczeń. Jeden z moich ulubionych fragmentów tej książki to: w fotografii kulinarnej niebagatelna część pracy ma miejsce, zanim jeszcze potrawa ujrzy światło dzienne. Brzmi niczym zapowiedź gry strategicznej, ale kiedy dłużej się nad tym zastanowić to właściwie zapowiedź jakiegoś złożonego zadania, podróży, a przecież …podróż nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy…. Podoba mi się takie spojrzenie na fotografię kulinarną. Autorka daje do zrozumienia, że nie jest to tylko zabawa w odpowiednie spuszczanie migawki, ale również pewien wieloetapowy proces. Dla mnie początkującego bloggera oznacza to ni mniej nie więcej, że można poświęcić się doskonaleniu każdego z tych etapów i przez to nigdy się nie znudzić fotografią kulinarną. Mam też swoją ulubioną stronę tej książki, jest nią strona 182, dla dociekliwych wyjaśniam, że to właśnie na niej przedstawiono koło barw. Jestem zwolennikiem spontaniczności i niepowtarzalności osiąganej poprzez łamanie pewnych barw czy nietypowe zestawianie ze sobą różnych kolorów, ale wpatrywałam się w to zamieszczone koło bo na tym chciałabym się skupić w kolejnych wpisach na blogu – na doborze odpowiednich barw.

9

10

11

Do ćwiczeń nad fotografią mogłam przystąpić w zasadzie od razu, ale powiem szczerze – kolacja rocznicowa była tak przepyszna, że nie miałam głowy do zdjęć. Zaserwowano nam zupę z tegorocznych kurek, sandacza w sosie borowikowym z ziemniakami i warzywami na parze oraz deser w postaci musu czekoladowego z brandy i owocami jagód. Wino przywieźliśmy ze swojej podróży przedślubnej – czyli ze szwajcarskiej okolicy Mount Vully. Mieliśmy obawy czy odpowiednio je przechowaliśmy, ale pierwszy łyk rozwiał wszystkie nasze obawy. Nasza podróż przedślubna wynikała poniekąd z zamiłowania do jazzu. Od kilku lat chciałam pojechać i przeżyć Montreux Festiwal. Po kilku dniach spędzonych wśród muzyki i słynnych tarasów Lavaux (przywiezione z tego regionu wino chcemy zachować na czwartą rocznicę) postanowiliśmy odwiedzić również kanton Fryburg. Słynie on między innymi z Jeziora Neuchâtel oraz Morat, wzniesienia Mount Vully, z witraży Mehoffera we Fryburgu oraz z przelicznych serów i małych lokalnych winiarni. Choć ma zaledwie 653-metrów, widok z Mount Vully robi wrażenie- ponieważ jest ona położona pomiędzy trzema dużymi jeziorami: Neuchâtel, Biel i Murten. Wzgórze ma genialne nasłonecznienie dlatego jest zagłębiem przede wszystkim wina białego – doskonałego do serwowania przy daniach z rybą w roli głównej.

23

12

13

14

15

W przerwach między toastami rocznicowymi udało się nam również wypatrzyć pewien sympatyczny gadżet kulinarny – kacze widelczyki do przekąsek, ale właścicieli Osady Dzika Kaczka warto skomplementować nie tylko za dbałość o szczegóły, ale również za dwa inne zamiłowania. Przetwory domowe oraz wrażliwość na sztukę. Skorzystaliśmy z tego pierwszego i do domu przywieźliśmy ze sobą powidła śliwkowe (już zjedzone) i poziomkowe (prawdziwy rarytas dla łasuchów), ale rozmaitości było dużo więcej np. wiśnie, truskawki, mirabelki, musy jabłkowe, żurawina do mięs, borowiki w occie, podgrzybki suszone na piecu, itd. itp. Co się tyczy sztuki, mieszkaliśmy w pokoju Vincenta Van Gogha i choć obraz, który wisiał na ścianie nie jest repliką jego autorstwa per se to przyznacie mi chyba rację, że coś z niego samego posiada.

16

20

21

Wyjeżdżając z Osady Dzikiej Kaczki patrzę na drogę, którą przyszło nam wspólnie iść pełna nadziei. Rok to niewiele, mgnienie. Nie zapominajmy jednak, że żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch po­dob­nych nocy, dwóch tych sa­mych pocałunków, dwóch jed­na­kich spoj­rzeń w oczy…

24

22

17

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s